Drażniąca i zasłaniająca treści reklama zniknie, jeśli klikniemy na malutką,
skierowaną w prawo strzałkę, znajdującą się w jej lewym górnym rogu.



Strona główna


Ostatnia aktualizacja tego działu: 11 IV 2012 r.


Dział ten dedykuję wszystkim tym, którzy mają już dość ciągłego poddawania się rozmaitym rodzajom leczenia oraz tym, którzy na przyszłość chcą go uniknąć.


Lecznicza głodówka

"Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm ..." (Łk. 12; 23)

        Któż z nas będąc chorym nie doświadczył braku apetytu. Gdy byliśmy dziećmi i mieliśmy np. przeziębienie, grypę, czy też złapaliśmy inne "paskudztwo" (szczególnie połączone z wysoką gorączką), za nic nie chciało nam się jeść, ba nie chciało nam się wówczas nawet myśleć o jedzeniu. Oczywiście najczęściej mimo wszystko jednak jedliśmy wtedy, a w zasadzie byliśmy zmuszani do jedzenia za sprawą "wszystko wiedzących lepiej" rodziców, którzy to (niekiedy) sami wręcz wpychali nam ten "ohydny" (dla nas wtedy wszystko było ohydne) pokarm do buzi. Kto wówczas miał rację? Czy możliwe byłoby pełne wyleczenie bez pomocy tabletek i lekarza? Na te i inne pytania postaram się tutaj udzielić możliwie pełnej i wyczerpującej odpowiedzi.


Istota leczniczej głodówki

        Lecznicza głodówka w swej istocie jest prosta niczym przysłowiowa budowa cepa. Ogólnie rzecz biorąc polega ona na zaprzestaniu dostarczania organizmowi z zewnątrz jakiegokolwiek pożywienia i tym samym zmuszeniu go do odżywiania się tkwiącymi w nim zapasami pokarmu, a później - samym sobą. Paradoksalnie, tak na dobrą sprawę, dla organizmu (z pewnym drobnym wyjątkiem - o czym pod koniec tego rozdziału) nie ma czegoś takiego (poza tylko takim wrażeniem, subiektywnym odczuciem) jak głód - jest natomiast coś, co się naukowo zwie "ujemny bilans energetyczny" (względnie: "katabolizm"), a ściślej rzecz biorąc "utrzymywanie organizmu w stanie ujemnego bilansu energetycznego" (czyli w stanie katabolizmu; katabolizm - "rozpad"). Oczywiście termin ten powszechnie stosowany jest w związku z dietą niskokaloryczną [w przeciwieństwie do terminu "dodatni bilans energetyczny" lub anabolizm - "powstawanie" przy diecie wysokokalorycznej, czy terminu "bilansu zerowego" zwanego "równowagą" występującemu przy diecie normalnej (umiarkowanej)], aczkolwiek to samo de facto odnosi się również i do głodówki leczniczej. Dopóki bowiem organizm żyje, dopóty posiada jakiś tam "bilans energetyczny" i - co się z tym  wiąże - jakoś się tam odżywia. Przy ujemnym bilansie energetycznym (powstałym wskutek całkowitego zaprzestania przyjmowania pokarmów), organizm czerpie z zasobów własnych - tłuszczu, białka i węglowodanów, a także witamin i soli mineralnych - a jeśli stan taki się przedłuża, zaczyna "zjadać" wszystko inne (w tym nasze tkanki - patrz poniżej wyróżnionym kolorem), co nie jest mu niezbędne do życia (w tym przede wszystkim obce i szkodliwe substancje - rozmaitego pochodzenia zanieczyszczenia, bakterie, wirusy, złogi, itp.) i wydalać z organizmu (na różne sposoby, w tym przez skórę i oddech - z czego rzadko kto zdaje sobie sprawy), oszczędzając praktycznie w całości jedynie serce i system nerwowy (a więc niejako "silnik" i "jednostkę centralną" naszego organizmu). Najprościej - obrazowo mówiąc - na tym właśnie polega niezwykle skuteczne działanie lecznicze głodu (NIE MYLIĆ Z CIĄGŁYM NIEDOJADANIEM PROWADZĄCYM DO ANOREKSJI - TO ZE ZDROWIEM I LECZENIEM ROZMAITYCH CHORÓB NIE MA NIC WSPÓLNEGO). Poniżej podaję za Małachowem (1996) procentowy ubytek wagi narządów i tkanek człowieka i psa w przypadku śmierci głodowej:

        Człowiek: tłuszcz - 97, śledziona - 63, wątroba - 56, mięśnie [szkieletowe - przyp. red.] - 30, krew - 17, ośrodki nerwowe - 0;

         Pies: tłuszcz - 97, śledziona - 60, wątroba - 54, mięśnie [szkieletowe - przyp. red.] - 30, krew - 26, nerki - 26, skóra - 21, jelita - 18, płuca - 18, trzustka - 17, kości - 14, układ nerwowy - 4, serce - 3.

        W związku z powyższym należy się małe wyjaśnienie: aby umrzeć (tylko) z głodu (nie z wycieńczenia i z głodu czy też z innych niekorzystnych warunków jak to bywało np. w hitlerowskich obozach bądź sowieckich łagrach) potrzeba przynajmniej 40 dni (gdy jest się osobą bardzo szczupłą - osoby bardzo otyłe mogą ponoćnie jeść nawet do 70 dni) przy dostarczaniu organizmowi wody, oraz - analogicznie - przynajmniej 7 dni [w nieszkodliwych warunkach, tzn. nie w dużym upale, ani zimnie - odłączona od kroplówki, sparaliżowana amerykanka Terri Shaivo (było to ok. 2004 r.) przeżyła bez wody, pokarmu, jakiegokolwiek ruchu oraz dostępu do świeżego powietrza (w szpitalu cały cały czas leżała) bodajże 12 czy 13 dni] bez jedzenia i picia. Poza tym, im dłużej trwa głodówka (w pewnych rozsądnych granicach rzecz jasna - o czym dalej), tym - paradoksalnie - łatwiej się ją znosi i mniej doskwiera uczucie głodu, tak że po 6 - 10 dniach praktycznie wcale nie chce się nam jeść, a nasze samopoczucia nierzadko bywa świetne (wbrew pozorom nie brakuje nam wtedy sił - czujemy się bardzo lekko, nasz chód jest bardziej skoordynowany, mamy wrażenie, że nie chodzimy, lecz "fruwamy"). Dzieje się tak ponieważ metabolizm cały czas zwalnia - obserwuje się coraz mniejszą dobową utratę wagi ciała względem poprzedniego dnia (tu nic nie dzieje się nagle). I tak, w pierwszych 3 dniach leczniczej głodówki traci się do 1 kg masy ciała na dobę, potem - do 6 - 10 dnia - 300 - 500 g/dobę, potem - do 23 - 25 dnia - 100 - 200 g/dobę, by w końcu - po 23 - 25 dniu - tracić nie więcej niż 50 - 100 g/dobę.

        Stosowanie leczniczej głodówki przyrównałbym do operacji "przywracania systemu" bądź "odtwarzania kopii partycji", tym starszej (lepszej - bo z naszej młodości) im dłużej (oczywiście w pewnych rozsądnych granicach) trwa głodówka. Ta naturalna "kopia rejestru" czy też "kopia partycji", to informacja zapisana w naszym DNA. POCZĄWSZY OD 40 - 70 DNIA GŁODÓWKI, ODŻYWIANIE ORGANIZMU JEST ANALOGICZNE DO ODŻYWIANIA DZIELĄCEJ SIĘ KOMÓRKI JAJOWEJ (!!!) - ZUŻYWANE SĄ ZAPASY WŁASNE KOMÓRKI - CZUJE SIĘ WÓWCZAS "WILCZY GŁÓD" (to dopiero jest "prawdziwy" głód w najściślejszym tego słowa znaczeniu) BĘDĄCY OSTATNIM SYGNAŁEM DO BEZPIECZNEGO ZAKOŃCZENIA GŁODÓWKI (JEŚLI GO ZIGNORUJEMY, TO W KRÓTKIM CZASIE NASTĄPI ŚMIERĆ Z WYCIEŃCZENIA). Może nie powinienem w tym momencie wchodzić w tematy wiary, lecz czy Jezus po 40 dniach postu nie poczuł (wyraźnego) głodu? Podczas długiej głodówki - co udowodniono naukowo - komórki niektórych narządów odnawiają się kilkakrotnie, umacnia się w nich zdrowy aparat genetyczny oraz zanika zdolność do rozmaitych chorób i zwyrodnień. To z kolei niesamowicie odmładza - człowiek pod względem fizjologicznym zaczyna mieć 20 - 25 lat, choć jego wiek kalendarzowy  może wynosić dobrych kilka razy tyle (!!!). W czasie głodówki organizm odpoczywa (zwłaszcza organy wewnętrzne: serce, żołądek, przewód pokarmowy) i regeneruje się w sposób praktycznie nieosiągalny żadną inną metodą. Badania na zwierzętach potwierdzają zbawienne działanie głodu na każdy praktycznie organizm, tak w sferze zauważalnego odmłodnienia, jak i wydłużenia życia (nawet do 19-krotnego w przypadku dżdżownic). Co prawda niektórzy twierdzą, że człowiek to nie zwierzę (a już na pewno nie robak - ciężko z tym polemizować) - ma tendencję do zatracania instynktownych zachowań i np. ciągłego przejadania się czy niedojadania (niewłaściwego żywienia), przemęczania, prowadzenia nieregularnego trybu życia, rozleniwiania się, a ponadto więcej niż inne organizmy przebywa w szkodliwych warunkach (stres, zanieczyszczenia, szkodliwe substancje, promieniowanie itp.) - jednakże trudno jest wątpić w to, że postępując przynajmniej w miarę rozsądnie w sprawach zdrowotnych, nie odniesie się dużych korzyści z okresowego stosowania głodu (w końcu aż tak bardzo od zwierząt się nie różnimy).
 
         W każdej sekundzie 50 milionów (spośród trylionów, jakimi dysponuje każdy człowiek) komórek naszego ciała ginie, by w ich miejsce powstały nowe (kopie starych) - swoją drogą człowiek nieustannie w ciągu życia obumiera i odradza się na nowo. Ci, co "zawodowo" zajmują się głodówkami, twierdzą, że te właśnie obumarłe komórki mogą zalegać dłuższy czas w organizmie i wydzielać jad trupi, który jest zgubny dla organizmu. Jedyną skuteczną metodą walki z tym problemem jest wg nich regularne oczyszczanie organizmu poprzez głód, wysiłek fizyczny i zdrowe odżywianie (produktami naturalnymi, nieprzetworzonymi, roślinnymi - bez przejadania się).


Szczegółowe zalecenia oraz informacje dotyczące odpowiedniego przygotowania się do głodówki, samej głodówki oraz prawidłowego wychodzenia z niej

          Zacznę może od końca, bo to jest w tym wszystkim najistotniejsze i potencjalnie najbardziej niebezpieczne. Leczniczy efekt głodówki będzie w najlepszym razie ograniczony, jeśli nie całkowicie niemożliwy, bez WŁAŚCIWEGO I OSTROŻNEGO ODŻYWIANIA, ZWŁASZCZA W PIERWSZYCH DNIACH OD JEJ ZAKOŃCZENIA - TU NIE MA ŻARTÓW - ZBYT DUŻY I/LUB NIEWŁAŚCIWY POSIŁEK SPOŻYTY NA PUSTY I POMNIEJSZONY (TYM BARDZIEJ IM GŁODÓWKA TRWAŁA DŁUŻEJ - Z POCZĄTKU TRZEBA JEŚĆ MNIEJ NIŻ WYNOSI OPTYMALNE ZALECENIE Z PUNKTU 3 "WYDZIAŁU PREWENCJI") ŻOŁĄDEK MOŻE BYĆ NASZYM OSTATNIM POSIŁKIEM (PODOBNE ZALECENIA DOTYCZĄ RÓWNIEŻ WSZYSTKICH INNYCH POSIŁKÓW - NIE TYLKO PIERWSZEGO - SPOŻYWANYCH W PIERWSZYCH DNIACH PO DŁUGOTRWAŁEJ GŁODÓWCE). GENERALNIE RZECZ BIORĄC, SZCZEGÓLNA OSTROŻNOŚĆ W JEDZENIU (ZWŁASZCZA W ELEMENTARNYM ZAKRESIE NIEPRZEJADANIA SIĘ ORAZ SPOŻYWANIA JAK NAJBARDZIEJ NATURALNEJ, NIEPRZETWORZONEJ I NIEZANIECZYSZCZONEJ ŻYWNOŚCI (por. terapia dr Gersona http://www.youtube.com/watch?v=tY-HsoJ0gr0) - NOTABENE - NIKOMU TO JESZCZE NIGDY NIE ZASZKODZIŁO CZY KTOŚ STOSUJE GŁODÓWKĘ LECZNICZĄ, CZY TEŻ NIE) OBOWIĄZUJE PRZYNAJMNIEJ PRZEZ OKRES RÓWNY CZASOWI TRWANIA GŁODÓWKI. WŁAŚCIWE ODŻYWIANIE PO JEJ ZAKOŃCZENIU (PRZED ROZPOCZĘCIEM ZRESZTĄ RÓWNIEŻ - ZNACZNIE LEPIEJ SIĘ WÓWCZAS ZNOSI CAŁĄ GŁODÓWKĘ) JEST BOWIEM RÓWNIE WAŻNE - JEŚLI NIE WAŻNIEJSZE (BO W KOŃCU I TAK NIEPORÓWNYWALNIE WIĘKSZĄ CZĘŚĆ ŻYCIA JEMY, A POZA TYM DOCHODZI TUTAJ JESZCZE ZWIĘKSZONA WRAŻLIWOŚĆ NASZYCH TKANEK I KOMÓREK NA ROZMAITE SUBSTANCJE POKARMOWE) - JAK SAMA GŁODÓWKA. NALEŻY W TYM MIEJSCU PAMIĘTAĆ, BY JAK NAJLEPIEJ PRZEŻUWAĆ SPOŻYWANY POKARM I - LUB (GDY SĄ TO SOKI ZE ŚWIEŻO WYCIŚNIĘTYCH OWOCÓW LUB WARZYW - INNE NIE SĄ WSKAZANE, NAWET TE "ŚWIEŻE", LECZ NIEWYPITE OD RAZU BARDZO SZYBKO TRACĄ SWE CENNE WŁAŚCIWOŚCI ZDROWOTNE) - MIESZAĆ GO ZE ŚLINĄ. Jeśli chodzi o konkretne zalecenia dotyczące tego na czym najlepiej jest wychodzić z głodówki, to - jak już wyżej wspomniałem - najlepsze są produkty naturalne, świeże, nieprzetworzone i niezanieczyszczone, a także - moim zdaniem - niezbyt słodkie (przynajmniej na sam początek). Bardzo dobrze wychodzi się z głodówki na pomidorach i jabłkach, a także - jeśli nie głodowaliśmy dłużej niż 10 dni - na zsiadłym mleku w niewielkich ilościach (do 200 g). Uniwersalnym pokarmem do wychodzenia praktycznie z każdej głodówki (zwłaszcza długotrwałej >10 dniowej) jest ponoć sok ze świeżo wyciśniętej marchwi, jabłek, winogron lub innych owoców (nie żadne gotowe soczki kupione w sklepie z dodatkiem cukru bądź nawet domowej roboty przetwory - por. punkt 21 "Wydziału prewencji") - z początku rozcieńczony z wodą (pół na pół - w pierwszym dniu), potem (w drugim) sam sok, by w następnych dniach można było przejść już do samych owoców, np. początkowo przetartych na tarce. Po pewnym czasie (tym dłuższym im dłużej trwała nasza głodówka - tutaj potrzeba też osobistego wyczucia sytuacji) stosowania żywienia owocowo-warzywnego, do diety można włączyć w ograniczonych ilościach (lepiej zjeść mniej i czuć przez pewien czas niewielki głód, niż za dużo i cierpieć ból brzucha - to samo zresztą odnosi się do wszystkiego innego, nawet naturalnych soczków) np. musli, płatki (owsiane, jęczmienne itp.), ryż, kasze (gryczaną, jęczmienną itp.) - spożywać to należy z owocami lub warzywami - ziemniaki gotowane (bez żadnej okrasy - z siadłym mlekiem bądź kefirem można zjeść), a taże (a może przede wszystkim) kiełki (patrz: punkt 11 "Wydziału prewencji"), które dobrze jest dodawać do każdego posiłku. Wbrew pozorom, po głodówce takie żywienie jest bardzo smaczne (i zresztą zdrowe - organizm czerpie z niego "pełnymi garściami"). Pestki z dyni są cennym pokarmem, aczkolwiek należy tutaj z nimi uważać (włączać je do diety bardzo powoli i tylko wtedy, jeśli po ryżu, kaszach czy ziemniakach nie czujemy żadnych dolegliwości gastrycznych). NALEŻY PAMIĘTAĆ O JEDNYM: TO, CO SZKODZI CZŁOWIEKOWI NORMALNIE, PODCZAS WYCHODZENIA Z GŁODÓWKI SZKODZI KILKA RAZY BARDZIEJ. Ale - żeby też nie było zbyt pesymistycznie - zasada ta działa również w drugą stronę: to, co jest dobre dla zdrowia normalnie (a to nigdy nie może być spożywane w nieograniczonych ilościach na raz), jest jeszcze lepsze (lepiej się wchłania) po głodówce. Wbrew pozorom, najtrudniejsza w tym wszystkim nie jest sama głodówka, lecz wychodzenie z niej - TO WŁAŚNIE W TYM CZASIE CZUJE SIĘ NAJWIĘKSZE OSŁABIENIE ORGANIZMU (CIĘŻKO SIĘ NAWET CHODZI W PIERWSZYCH DNIACH), KTÓRE SPRZYJA JEDZENIU PONAD MIARĘ (CZASEM TEŻ ZUPEŁNIE KARYGODNIE, NP. TŁUSTO OD PIERWSZYCH DNI) W CELU NABRANIA SIŁ [TO JEDNAK PRZYNOSI SKUTEK ODWROTNY DO ZAMIERZONEGO - TU POTRZEBNE JEST BOWIEM WŁAŚCIWE ŻYWIENIE, SPOKÓJ, ODPOCZYNEK I CZAS, ABY W OGÓLE NAJPRZÓD MÓC PRZESTAWIĆ ORGANIZM NA ODŻYWIANIE POKARMEM PŁYNĄCYM Z ZEWNĄTRZ (STĄD PRZYNAJMNIEJ W PIERWSZYCH DNIACH WSKAZANE JEST ODCHODZENIE OD STOŁU Z LEKKIM UCZUCIEM NIEDOSYTU - WTEDY ORGANIZM PŁYNNIE I BEZ NAJMNIEJSZYCH KŁOPOTÓW ODZYSKA DAWNĄ SPRAWNOŚĆ TRAWIENIA)]. Po upływie czasu równego głodówce, możemy zacząć odżywiać się mięsem, rybami i wszystkim innym - byle "z głową" (czytaj dział: Odżywianie a myślenie, samopoczucie, wzrok, wygląd, kondycja, siła ...). Podobne odżywianie (tyle, że w "drugą stronę" wskazane jest przy wchodzeniu w głodówkę - osobiście jednak uważam, że wchodząc w nią, jeść można do syta (bez przesady oczywiście) i normalnie, tzn. z mięsem, serem itp., tyle że przez ostatnie 3-4 dni trzeba zacząć stopniowo zwiększać ilość produktów roślinnych w diecie, a na "ostatnią wieczerzę" najlepiej jest zjeść same tylko owoce, np. jabłka.

         Co się zaś tyczy samej głodówki, to najgorsze są 3 pierwsze dni, jeśli je się przetrzyma (co też jest w sporym stopniu korzystne dla zdrowia, zwłaszcza jeśli jest to głodówka bezwodna - "na sucho"), to ma się spore szanse na dokładniejsze "czyszczenie" organizmu. Tutaj też należy się małe wyjaśnienie: głodówki do 3 dni włącznie są całkowicie bezpieczne i normalnie nie sposób przez nie sobie zrobić jakiejkolwiek krzywdy. Nawet niezbyt właściwe odżywianie po tych 3 dniach raczej nie powinno spowodować żadnych komplikacji zdrowotnych (no, chyba że wypijemy od razu alkohol, kilka mocnych kaw, będziemy palić papierosy, rzucimy się na żarcie niczym jakieś wygłodniałe zwierzę bądź zrobimy coś równie głupiego, co i normalnie - bez głodówki - mogłoby nam zaszkodzić).
 
          W czasie głodówki niewskazane jest jakiekolwiek przemęczanie się [spacer itp. ruch i przebywanie na świeżym powietrzu owszem i to bardzo (przez to zwiększamy pobór tlenu niezbędnego do sprawnego spalania substancji obcych i szkodliwych w naszym organizmie), ale nic poza tym - żadne ciężkie bądź długie i męczące prace, zresztą wtedy nawet nie ma się na nie ochoty], natomiast wielce wskazany jest spokój i odpoczynek, a także zapewnienie sobie odpowiednio grubego odzienia (zwłaszcza grubych skarpet i ewentualnie rękawiczek, gdyż kończyny są wtedy bardzo wrażliwe i nawet latem szybko tracą ciepło - jako ciekawostkę podam, że normalna temperatura ciała 36,6 już ponoć samoistnie, stopniowo i naturalnie uszkadza spiralę naszego DNA). Sporym utrudnieniem dla innych mieszkańców domu (czy - zwłaszcza - mieszkania) może być Wasz (delikatnie mówiąc) nieświeży oddech po > niż 4 dniach głodówki będący wynikiem spalania biała, tłuszczy (zapas węglowodanów - z mięśni i wątroby - spali się w pierwszych 3 dniach) oraz wszelkich zanieczyszczeń organizmu ("śmieci" gromadzonych niekiedy latami). Zawroty głowy, zamroczenia itp. to normalka podczas głodówki (zwłaszcza w pierwszych jej dniach), więc nie należy się nimi zbytnio przejmować, tylko powoli (nie gwałtownie) wstawać i w ogóle zmieniać pozycje. Nie bójcie się też waszego wyglądu w czasie głodówki i (zwłaszcza) po rozpoczęciu odżywiania (to normalne, że wtedy jeszcze trochę zmarniejecie - z początku organizm jest trochę zdezorientowany - tym bardziej im dłuższa była głodówka - i w związku z tym należy dać organizmowi czas na spokojne przestawienie się na odżywianie płynące z zewnątrz) - zapewniam Was wygląd wróci do normy i naturalnie odbudujecie własne ciało, potrzeba jednak nieco czasu, by "nie wylać dziecka z kąpielą", tzn. zbyt szybką odbudową ciała (zwłaszcza po długotrwałej głodówce) nie nawabić się jakichś innych (groźniejszych niż te, które tym sposobem np. leczyliśmy) chorób. Po głodówce bowiem jesteśmy niczym wyciśnięta mokra gąbka - wrzucona w wodę bardzo szybko nabiera wody i tonie.
                           
    Odmiany leczniczych głodówek

         Zasadniczo istnieją cztery rodzaje leczniczych głodówek, jednakże tutaj - z uwagi na kompletny brak osobistego doświadczenia (w stosowaniu czwartej odmiany głodówki), na możliwość zgorszenia oraz osobiste poglądy w tym względzie - zajmę się tylko trzema jej odmianami: klasyczną, "na sucho" oraz kaskadową.

         Klasyczna głodówka polega na zaprzestaniu przyjmowania jakiegokolwiek pokarmu (w tym leków, ziół czy witamin, a także gum do żucia choćby były one bez cukru, ba - stosując głodówkę nie należy używać nawet pasty do zębów; samą szczotką zwilżoną w wodzie czyścimy je z osadu) i piciu wyłącznie czystej wody (żadne soczki, napoje, także herbata i kawa jest niedopuszczalna z cukrem czy bez niego).

         Głodówka "na sucho" - jak sama nazwa wskazuje polega na zupełnym i absolutnym nie przyjmowaniu niczego do ust podczas jej trwania, w tym także wody. Istnieje ona w dwóch postaciach: pełnej, gdzie zostaje wykluczony jakikolwiek kontakt zewnętrzny ciała z wodą (trzeba tutaj czyścić zęby z nalotu samą suchą szczotką zmieszaną ze śliną) oraz częściowej, dopuszczającej kąpiel oraz płukanie jamy ustnej i mycie zębów zwilżoną szczoteczką.

         Głodówka kaskadowa natomiast charakteryzuje się naprzemiennym stosowaniem równych okresów (1 - 5 dniowych) głodu (całkowicie i zupełnie na sucho) i zdrowego żywienia. Zaletą wszelkich rodzajów głodówek "na sucho" są szybsze efekty - szybszy rozkład tłuszczu oraz pozbywanie się z organizmu starej, zanieczyszczonej i chorobotwórczej (tzw. "martwej") wody. Porównaj: zawartość procentowa wody w ciele człowieka - punkt 19 "Wydziału prewencji".


Na co głodówka pomaga?

          Prościej by było odwrócić pytanie: Na co i kiedy głodówka nie pomaga, jest niewskazana, lub może być mniej skuteczna? Z punktu widzenia praktyki medycznej nie jest wskazana kobietom w drugiej połowie ciąży i okresie karmienia, oraz w przypadku rozległych procesów ropnych organów wewnętrznych (ropni, martwicy i itp.) - w pozostałych przypadkach, jeśli chory wykazuje aktywność fizyczną, nie ma do niej przeciwwskazań. Przeciwwskazaniem względnym jest brak jakiejkolwiek, choćby podstawowej aktywności fizycznej. Zmniejsza to bowiem skuteczność głodówki - choć całkowicie jej nie wyklucza, to jednak z reguły znacznie ją ogranicza - powoduje to bowiem dalsze zwolnienie i tak już spowolnionej przemiany materii (być może porządne masaże mogłyby tutaj nieco pomóc), co w konsekwencji redukuje spalanie substancji szkodliwych (chorobotwórczych) w naszym organizmie.

          Najrozmaitsze choroby poddają się leczeniu głodem - począwszy od drobnych i błahych (typu przeziębienie) poprzez wyostrzenie zmysłów (w tym wzroku), bezpłodność, różnego rodzaju zapalenia, otyłość i niedowagę (spowodowaną zanieczyszczeniem organizmu), uzależnienia (alkoholizm, narkomania), choroby zakaźne, przewlekłe i inne, na psychicznych kończąc. Sam zauważyłem, że głodówką można sobie poprawić nastrój (to nie żart) - jeśli jest się w dołku lub na skraju depresji, nic nie działa lepiej niż głód (zresztą łatwiej jest go wtedy nawet znosić). Podczas głodówki bowiem człowiek zaczyna całkiem inaczej myśleć i oceniać rozmaite sprawy, a poza tym uczucie głodu siłą rzeczy odciąga od różnych "ciemnych" myśli (rozpaczy) - nie tak łatwo jest zagłuszyć głodne ciało umysłem. Odpowiednio długą (i co jakiś czas powtarzaną) głodówką (oraz prawidłowym wychodzeniem z niej - rzecz jasna) uzyskać można w najgorszym wypadku poprawę stanu zdrowia i to w każdym wieku (od 0 - oczywiście krótkotrwałą głodówką - do 100 i więcej lat), jeśli nie zupełne wyleczenie - we wszystkich praktycznie chorobach [łącznie z nowotworowymi i kto wie czy nawet nie AIDS (jeśli oczywiście nie będzie się zwlekać, aż choroby te ogarną cały nasz organizm i będziemy na granicy śmierci) - przecież nikt tego nie badał - por. punkt 8 "Wydziału prewencji"]. Potencjalnie mogą też istnieć takie efekty długotrwałych głodówek (nie tylko jednej), których człowiek nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do fachowej literatury w tym zakresie, takiej jak np. książka podana w bibliografii.


Medycyna tradycyjna a naturalna

"Leczyć" nie znaczy "wyleczyć"

          Niektórzy ludzie - o dziwo zwykli śmiertelnicy, nie lekarze (bo ci dobrze wiedzą co jest grane) - zachwycają się osiągnięciami współczesnej medycyny, mówiąc bądź myśląc: "W dzisiejszych czasach medycyna jest na takim poziomie, że...". No właśnie, na jakim poziomie jest współczesna medycyna, że ludzie tak bardzo podniecają się jej osiągnięciami? Powiem Wam obiektywnie na jakim rzeczywiście jest ona poziomie. Istotnie, prezentuje ona niezwykle wysoki poziom, zwłaszcza w... UZALEŻNIANIU PACJENTA OD LEKARSTW I LEKARZY ORAZ W WYNAJDYWANIU CORAZ TO NOWYCH CHORÓB [KTO WIE, CZY PARADOKSALNIE NIE SĄ TO CHOROBY POCHODZĄCE Z LECZENIA FARMAKOLOGICZNEGO INNYCH CHORÓB, A WIĘC STWORZONE "SPECJALNIE" PRZEZ LEKARZY(!!!)] I - CO ZA TYM IDZIE - MEDYKAMENTÓW NA NIE. I tym sposobem biznes się kręci. Nie chce mi się tutaj już czepiać skutków ubocznych nawet najprostszych leków bez recepty - niech każdy weźmie do ręki ulotkę z takiego niby bezpiecznego leku (może to być nawet jakaś maść, krople lub pastylki do ssania np. od bólu gardła) i sam poczyta o jego działaniach niepożądanych. Problem medycyny tradycyjnej tkwi w jej powiązaniu ze światem biznesu (przemysłem farmaceutycznym) oraz traktowaniu (przez to) ludzi przedmiotowo (jak przysłowiowe krowy do dojenia). My lekarze wiemy bardzo dużo - możemy przeszczepić bez problemów serce, wątrobę, trzustkę, szpik, skórę, rogówkę, ..., głowę (!), możemy "leczyć" (nie mylić z pojęciem "wyleczyć") choroby nowotworowe (często wysadzając przy okazji stosowania chemii pacjentowi wątrobę i inne kluczowe do życia narządy - ale co tam - to się da przeszczepić...). Owszem możecie, ale wszystko to jest g...o warte, niepotrzebne i szkodliwe - dwa razy (albo i więcej) tyle istnień ludzkich byście uratowali i na prawdę wyleczyli, gdybyście wreszcie przestali bawić się w Pana Boga i zaczęli postępować zgodnie z Naturą. Dlaczego kroicie ciężko chorych ludzi (jak za przeproszeniem prosiaki w masarni), choć dobrze wiecie, że to nic nie daje, a efekt placebo jest taki sam? Dlaczego pchacie w ludzi rozmaite świństwa w postaci chemii, zamiast zwalczać chorobę sposobem naturalnym, poprzez głód - czy wyście już zupełnie powariowali? Boże, Ty widzisz i nie grzmisz. Zdrowie każdego we własnych rękach! Jeśli kto oddaje je w ręce (a w zasadzie w "łapska") lekarzy i całego przemysłu farmaceutycznego ściśle z nimi powiązanego, ten godzien jest miana "NIEUSTRASZONEGO", ale nagrody w postaci zupełnego zdrowia, obawiam się (ba, wiem to na 100%), że nie zdobędzie (zwłaszcza w przypadku poważnych chorób), chyba że zdrowie utożsamia z życiem w ogóle i w związku z tym nie stanowi dla niego problemu łykanie niekiedy garści tabletek w ciągu doby - które zwykle mają też bardzo poważne działania uboczne - często nawet kilka razy dziennie aż do us...ej śmierci (dosłownie i w przenośni) - Wasz wybór. Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie działy współczesnej medycyny są w 100% złe i niepotrzebne, ale - żeby była jasność - zdecydowana ich większość (wyjątek stanowi ratownictwo z nagłych wypadków, położnictwo, leczenie złamań, stłuczeń, zwichnięć itp. urazów). Jednakże w każdym praktycznie przypadku choroby przewlekłej (że o poważniejszych nie wspomnę) nie może być już mowy [z samego już medycznego założenia o dziwo - na tak wysokim poziomie niby jest współczesna medycyna, że może określić granice dotyczącą de facto życia (jego jakości)] o całkowitym wyleczeniu, lecz o CIĄGŁYM LECZENIU ORAZ KONTROLI LEKARSKIEJ. Z punktu widzenia lekarzy oraz całego przemysłu farmaceutycznego produkującego rozmaite leki i zarabiającego na tym krocie, niewątpliwie jest to sytuacja komfortowa (porównywalna - nie boję się użyć takiego porównania - do sytuacji dilera i stałego odbiorcy narkotyków) - "nie chodzi bowiem o to, aby złapać królika, ale o to aby go gonić" (i czerpać z tego korzyści). Dlatego też bynajmniej nie w interesie pacjentów medycyna idzie "na przód" i wmawia nieuleczalnie (wg lekarzy oczywiście) chorym ludziom, że "innego wyjścia nie ma: albo będziesz tańczył/-a jak my ci zagramy, albo już po tobie - nie masz szans żyć (wyzdrowieć), jeśli my ci nie pomożemy". Ja dziękuję za taką "pomoc" - inne wyjście zawsze istnieje, a najlepsze z nich zwie się NATURA! Nie tak dawno, w pewnym programie o zdrowiu w TVP3, pewien doktor wyznał w przypływie szczerości: "Lekarz jest od choroby - nie od zdrowia". Zostawiam to bez komentarza. Nie dziwi Was fakt, że mimo niesamowitego (jak niektórzy twierdzą) postępu medycyny wciąż nie udało się wynaleźć skutecznego lekarstwa na AIDS, raka, Parkinsona, cukrzycę i wiele innych poważnych chorób? A może lekarstwo to od dawien dawna (zarania dziejów) już istnieje w nas samych, tylko ma jeden "bardzo szkodliwy skutek uboczny", którym jest brak jakiegokolwiek zarobku dla lekarzy i koncernów produkujących leki (por. Lekarstwo na raka dr Ashkara oraz  terapia dr Gersona http://www.youtube.com/watch?v=qhEyuqfiVdY&list=PLCB1C3065A9187BFC&feature=mh_lol). A lekarstwem tym jest GŁÓD (stosowany zresztą nie tylko jako lekarstwo, lecz również w celach profilaktycznych). Dobrze wiedzą o tym chore dzieci i zwierzęta - one działają instynktownie, a przez to prawidłowo, gdy odmawiają przyjmowania pokarmów w czasie choroby - szkoda tylko, że dorośli tego nie rozumieją i nie potrafią się od nich uczyć. Klasycznym przykładem próby wymuszania wręcz na człowieku głodu jest popularna cukrzyca - tutaj bowiem jedzenie nie zostaje wchłonięte do tkanek i komórek organizmu, lecz pozostaje we krwi (chyba, że do końca życia szpikować się będzie hormonem zwanym insuliną). Podobnie też ma się rzecz z szybkim, niespodziewanym traceniem na wadze (chudnięciem mimo normalnego odżywiania) podczas choroby nowotworowej (lub innej - nadczynności tarczycy np.) - czy nie warto by było w powyższych przypadkach pójść za ciosem i zaufać własnemu organizmowi? Czy Ktoś (Coś), kto (co) nas programował/-o, jakkolwiek by Go/Tego nie nazwać (Bogiem, Naturą, "Siłą Wyższą", "Kosmosem"... - na pewno nie przypadkiem, bo wszyscy pod względem budowy DNA praktycznie jesteśmy tacy sami, nawet od zwierząt różnimy się ledwie kilkoma procentami - za dużo coś tych przypadków) był (było) głupsze od nas, albo od naszych lekarzy i zainstalowało w nas "wirusy", "konie trojańskie" i inne "robactwo" bez skutecznego programu "antywirusowego" usuwającego wszelkie nieprawidłowości i zagrożenia (jakim wg mnie jest głód) bądź zapasowej "kopii partycji" (mieszczącej się w naszym kodzie DNA), dzięki której można by to wszystko (za pomocą odpowiednio długiego głodu) w razie "awarii" skutecznie odtworzyć (por. przedostatni cały akapit rozdziału "Istota leczniczej głodówki")? A, że podstawowy program ("BIOS") w każdym z nas (i nie tylko w nas, ale w każdym żywym organizmie - bakteriach roślinach, drzewach, zwierzętach, ..., świecie i wszechświecie) jest zainstalowany, świadczy bezpośrednio całe nasze życie - od bezbłędnego (na ogół) podziału komórki, poprzez rozwój płodu, narodziny, rozwój, dojrzewanie, dorosłość, starość, aż po śmierć całego naszego organizmu (brak jakiegokolwiek zastępowania obumarłych komórek żywymi - dokładnymi bądź nawet nie - w końcu z chorobą można przynajmniej jakiś tam czas żyć - kopiami starych), rozkład ciała i zmieszanie się z ziemią - pośrednio zaś, odruchy pierwotne (odruch ssania, pociąg płciowy) i warunkowe. Czy zatem inne (podrzędne) funkcje (takie jak leczenie z chorób czy odmładzanie) tego (bądź innego, ale z nim współpracującego) "programu" (poza głównymi wyżej wymienionymi, determinującymi całe nasze życie) mogą być całkowicie niedostępne jego świadomym (przeciętnym) użytkownikom bądź dostępne za dodatkową opłatą, jak mówią lekarze? Czy "chemia", radioterapia i chirurgia usuwająca (niszcząca) zarówno chore, jak i zdrowe komórki naszego ciała jest lepsza od leczniczej głodówki, usuwającej selektywnie tylko to, co w organizmie chore i niewłaściwe (patologiczne) i do końca oszczędzającej to, co kluczowe do życia - proporcjonalnie do ważności organu (por. procentowy ubytek wagi narządów i tkanek człowieka i psa w przypadku śmierci głodowej oraz punkt 8 "Wydziału prewencji")? Czy w dobie coraz bardziej postępującego zanieczyszczenia środowiska, powietrza, wody, żywności (dodatkowo jeszcze faszerowanej chemicznymi konserwantami, stabilizatorami, barwnikami, aromatami i Bóg jeden wie czym jeszcze - por. punkt 17 "Wydziału prewencji"), wydłużającego się coraz bardziej ludzkiego życia i powszechnego występowania chorób przypisywanych "starości", a także innych - niezależnych od wieku - okresowy głód (np. raz w miesiącu przez 3 dni, co 2 miesiące - 6 dni, co 3 - 10, itd. - z większą częstotliwością raczej nie powinno się stosować głodówek) w połączeniu z właściwym (mniej więcej chociaż) odżywianiem i stylem życia (ruchem na świeżym powietrzu, ćwiczeniami) nie jest najbardziej kompleksowym działaniem (również - a może przede wszystkim) prewencyjnym w zakresie zapobiegania najrozmaitszym (wszystkim) chorobom?
 
         Powstrzymywanie się od spożywania pokarmów jako metoda leczenia znane jest od stuleci. Starożytne teksty, które zachowały się do naszych czasów potwierdzają stosowanie głodówek przez medyków chińskich, tybetańskich, indyjskich, perskich, babilońskich, arabskich, żydowskich, greckich oraz rzymskich. Sławny filozof i matematyk Pitagoras stosował kilka razy w roku głodówki 10-dniowe, a zdarzało mu się też parokrotnie powstrzymywać od jedzenia 40 dni. Swoje postępowanie motywował chęcią pobudzenia ducha i nabrania sił. Ojciec medycyny, Hipokrates nic nie podawał choremu do ust, aż pojawiły się pierwsze symptomy poprawy zdrowia. Rzymski lekarz - Galen (notabene twórca nauki o lekach) - oficjalnie głosił, że okresowe powstrzymywanie się od pokarmów równomiernie oczyszcza całe ciało. Arabski uczony Awicenna (X/XI w.), autor traktatu stanowiącego przez wiele następnych stuleci podstawę europejskiej medycyny, leczenie głodem uważał za jedną z najważniejszych metod terapeutycznych. Jeszcze sto lat temu ten naturalny sposób leczenia był dość powszechnie stosowany - działały nawet profesjonalne ośrodki prowadzone przez dobrze wykształconych lekarzy - jednakże "zabójczym" dla głodówek okazał się rok 1928, kiedy to na kongresie lekarskim w Amsterdamie uznano, iż NOWOCZESNA MEDYCYNA NIE MUSI JUŻ KORZYSTAĆ Z TEJ UCIĄŻLIWEJ I "NIEFIZJOLOGICZNEJ" (o dziwo) METODY, PONIEWAŻ DYSPONUJE WYSTARCZAJĄCĄ GAMĄ ŚRODKÓW LECZNICZYCH. "Leczniczych" ciągle (w sensie przedłużania życia pacjenta wraz z jego chorobą) - niewątpliwie tak, ale jeszcze raz zapytam: czy rzeczywiście leczniczych w sensie całkowitego (raz na zawsze) wyleczenia (np. z przewlekłych bądź innych ciężkich chorób)? Wielką naiwnością jest wiara w to, że medycyna wymyśli kiedyś jakieś cudowne leki bądź sztuczne metody leczenia poważnych chorób bez żadnych skutków ubocznych i niedogodności. Cudów większych od NATURY nigdzie się nie znajdzie - szkoda czasu na ich szukanie.



 Bibliografia:

Małachow G. P. Lecznicza głodówka. INTERSPAR. Warszawa 1996
Encyklopedia Medycyny Naturalnej. Nr 22. POLSKIE MEDIA AMERCOM. Poznań 1999 (bodajże)